czwartek, 30 maja 2013

Soundy ma 14 lat, młodszą 10-letnią siostrę i chorego ojca. Jej najlepsza przyjaciółka - Lauren okazała się być... Trochę inna... Sound mieszka w 3 w małym domku spory kawałek od Pałacu Sprawiedliwości. Ma ciemny blond włosy sięgające do pół pleców. Jej szaro-niebieskie oczy, zazwyczaj patrzące zza prostokątnych okularów. Jest dosyć wysoka i smukła. Ma niezłego cela, bo kiedy była młodsza bawiła się z siostrą strzelając z samodzielnie zrobionego łuku lub procy. Jest miła, a radość lub smutek innych często się jej udziela. Jest też bardzo towarzyska i łatwo nawiązuje znajomości. Myślę, że zaprzyjaźniłabym się z nią.
Nigdy nie jechałam pociągiem. To ciekawe uczucie, ale tez trochę straszne... Ciągle boje się, że podłoga nagle zniknie, a ja wypadnę i zginę tu, a nie na arenie.
Niby cale życie spędziłam przy maszynach, komputerach, telewizorach; pociąg też jest maszyną, ale to nie to samo.
Widok z okien jest piękny, z tego, co powiedziała Merry jesteśmy w 2. Za oknem roztaczają się góry, lasy; co jakiś czas pomiędzy drzewami miga jakaś osadka. Dystrykt 2wydaje się być naprawdę ogromny, ciekawe, kiedy z niego wyjedziemy...
-Jak tam? - słyszę świergotliwy głos Merry. -Humorek dopisuje?
-Nie bardzo... - odpowiadam i zanurzam się w sieci myśli.

sobota, 18 maja 2013

Czy to nie dziwne, jak jeden dzień może zmienić resztę życia? Nie tylko mojego, ja zginę, ale co będzie z Eveline... Z Lauren... I z tatą... Czy cokolwiek wróci do normy po mojej śmierci? Czy tata i siostra poradzą sobie? 
-Soundy? - rozlega się nade mną głos Merry. -Wstawaj! Jesteśmy w Kapitolu! - uśmiecha się szeroko i rzuca mi w twarz bluzką o sporym dekolcie. -Ubierz się złotko, śniadanie już gotowe! - i z szerokim uśmiechem opuszcza mój przedział. 
Dopiero teraz się orientuję, że jesteśmy w pociągu, podróż trwała zaledwie dobę. W tych luksusach wydawało mi się, że jedziemy raptem parę godzin. 
Wstaję z niewiarygodnie wygodnego łóżka, podchodzę do szafy i wyjmuję z niej zieloną bluzkę i spodnie. Wchodzę do ogromnej łazienki i próbuję zorientować się jak działa prysznic. Po chwili już wszystko rozumiem: w prawo pokrętłem i blady guzik - zimna woda, a w lewo pokrętłem i ciemny guzik to woda ciepła. Są też opcje takie jak zapach czy kolor wody. 
Biorę zimny prysznic, ubieram się i idę na śniadanie. 
-No w końcu! - w głosie Merry słychać lekką pretensję. -Gdzieś ty była!
-Uciekłam z pociągu, żeby uciec do 13. - odpowiadam sarkastycznie. 
-Siadaj. - mówi poważnie Merry Rayan. 
Bez słowa zjadam śniadanie i idę do mojego przedziału, nie obchodzi mnie, że od jakiejś godziny jesteśmy w Kapitolu, nie chcę zwiedzać. Nawet nie mogę. 
Wyglądam przez okno, właśnie pojawił się pociąg, na którym widnieje wielki napis "4", z drugiej strony okna stoją pociągi z numerami: "2" i "1". Czyli czekamy  jeszcze na osiem dystryktów.  
****
W końcu wysiadamy, na peronie jest pełno Kapitolończyków. Dookoła mnóstwo kolorowych twarzy, kocich pyszczków i peruk. Wszyscy krzyczą i śmieją się. To udziela się też mi, sama uśmiecham się szeroko, jakbym nie miała zginąć w przeciągu tego tygodnia. Inni trybuci są ponurzy, jedna dziewczyna płacze. Wydaje mi się, że zwracam na siebie uwagę... Bo przecież... To chyba dziwne, że osoba, która ma niedługo zginąć jest taka radosna. Ale ja NIE zginę. Przeżyję jak najdłużej się da. Zrobię to dla Eveline, dla taty... I dla Lauren, chociaż jest trochę inna. 
Wszyscy trybuci kierują się do wielkiego budynku, w którym jest pewnie Centrum Odnowy.
***
-Au! - krzyczy ktoś zza kotary, która otacza stół na którym leżę. 
Moje nogi są woskowane, włosy przycinane, a paznokcie doprowadzane do stanu perfekcyjności.
-Nie jesteś jak inni trybuci... Z poprzednich lat. - mówi kobieta o twarzy podobnej do pyszczka jednego z psów, które widziałam pośród Kapitolończyków. Zajmuje się moimi paznokciami.
-...Taka zadbana... - dopowiada kobieta o kocim pyszczku, a jej zielone natapirowane włosy sterczą na wszystkie strony. 
-...Na pewno pochodzisz z bogatszej rodziny! - kończy mężczyzna z irokezem i w pomarańczowych kolczykach.
-Nie. - odpowiadam cicho. 
-Nie? - dziwią się wszyscy. -Ale wyglądasz jakbyś jednak była bogatsza...
-Ale NIE jestem.!
-Oj nie bulwersuj się tak! - miauczy kobieta o pyszczku kota, na jej stroju zauważam plakietkę z napisem "Stella", to pewnie jej imię.
Po tabliczkach dowiaduję się, że mężczyzna to Cory, a kobieta o psiej twarzy nosi imię Filly. 
-Jesteś gotowa! - piszczy Filly. -Czas na kąpiel!
Cory podnosi mnie i niesie do wanny wypełnionej jakimś dziwnym płynem koloru śliwkowego. 
Po jakimś czasie zostaję wyjęta z galaretowatego świństwa. 
-A teraz poznasz Angel! - piszczy z podniecenia Stella. 
Cory wynosi mnie z pomieszczenia z wanną i wnosi mnie do ciemnego pokoju poobwieszanego plakatami, albo raczej projektami. Na małym fotelu siedzi zapewne Angel. 
-Ehem. - odchrząkuje Cory i wychodzi.
-Witaj! - piszczy niska osóbka ubrana w obcisłe spodnie, kamizelkę i beret. -Jestem Angel! Twoja stylistka! - Angel wprost promienieje pozytywną energią, a mi znów udziela się Kapitoloński zapał, uśmiecham się szeroko i czekam na strój do parady trybutów. 
-Dzień dobry. - mówię trochę nieśmiało, choć na ogół raczej taka nie jestem. 
-Mam dla ciebie cudny strój Soundy! - piszczy.
-Jej! - mówię uradowanym tonem.
Angel podchodzi do wieszaka, którego wcześniej nie widziałam i zdejmuje z niego mój strój na paradę. 
-Ale! - krzyczy nagle patrząc na mnie. -Co za szopa! Ekipa Przygotowawcza TEGO nie poprawiła?! - domyślam się, że chodzi o włosy. 
Stylistka bierze do ręki nożyczki i sama przycina mi włosy.
-O niebo lepiej. - mruczy z zadowoleniem i pomaga mi ubrać strój. 
To, co mam teraz na sobie nie jest ani ładne, ani brzydkie. Jest OK i bardzo mi się podoba: Mam na sobie spódnicę w coś, co miało chyba przypominać procesor... Peleryna jest z tego samego materiału. Mam na sobie bluzkę ozdobioną guzikami i aluminiowe skrzydła poduszkowca. Na dłoniach są rękawiczki, które wyglądają jak z metalowej siateczki, są lekkie i pięknie błyszczą. Mój pępek jest odsłonięty. Z włosów upiętych w dla koki wystają antenki, mam mocny makijaż, a na moim policzku widnieje coś pomiędzy nutką a błyskawicą. 
-Wyglądasz super! - cieszy się Angel. 
Uśmiecham się szeroko. 
***
Jadę rydwanem zaprzęgniętym w czarnego konia. Inni trybuci wyglądają na smutnych, a ja znów tryskam optymizmem. Na wielkim ekranie pojawia się moja twarz, uśmiechnięta i promienna. Unoszę rękę i macham to ludzi na trybunach. 
Po chwili zamiast mojej twarzy pojawia się twarz dziewczyny z Siódemki. Zdaję sobie sprawę, że jeśli miałabym mieć z kimś sojusz, to właśnie z nią. 
Pokazują się twarze innych trybutów, tylko ja się uśmiecham. 
Wstaje prezydent, przemawia i kończy oficjalnym "I niech los zawsze wam sprzyja!". 
***
-Wyśpijcie się! - woła Merry. -Jutro wywiad!
Idę do swojego pokoju, padam na łóżko i od razu zasypiam.
***
-Hej! POBUDKA! - to Angel, próbuje mnie obudzić. 
Podnoszę się i lekko uśmiecham.
-Dzisiaj wielki dzień! Zjedz śniadanie i idziemy cię przygotować!
Pospiesznie zjadam śniadanie. Wszystko jest pyszne.! 
***
Po całym dniu chemicznych kąpieli, czesania, malowania i lakierowania, jestem gotowa. 
Mam na sobie zwiewną sukienkę z falbankami u dołu, buty na koturnie i złoty naszyjnik. Włosy są rozpuszczone, a ja pachnę różami. 
-Wyglądasz prześlicznie! - zachwyca się Angel.
-Wiem! - śmieję się. 
-Uważaj, za chwilę zacznie się show!
Wszyscy trybuci stoją jeden za drugim, sukienki, garnitury... Otaczający mnie gwar nie zmywa jednak uśmiechu. I nagle wszystko ucicha, głos Caesar'a Flickerman'a niesie się po sali. 
-WITAJCIE! WITAJCIE! POMYŚLNYCH IGRZYSK I NIECH LOS ZAWSZE WAM SPRZYJA! 
Tłum szaleje, a Caesar kłania się nisko.
-Oto i przedstawiciel dystryktu pierwszego! - na scenę wchodzi przedstawiciel Jedynki. 
***
Ze sceny schodzi trybutka z 2.
-A TERAZ POWITAJMY TRYBUTKĘ Z DYSTRYKTU TRZECIEGO!
Wchodzę na scenę wśród oklasków.
-Witaj. - mówi Caesar. -Jak masz na imię?
-Jestem Soundy - odpowiadam z uśmiechem. 
-Miło mi. Zauważyłem... Może nie tylko ja... Że jako jedyna ze wszystkich uśmiechałaś się. Prawda? - kłum ryknął potwierdzająco, a ja wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. 
-Chyba masz rację... Lubię się uśmiechać!
-Odpowiedz proszę na kilka pytań... No więc... Co czułaś gdy zostałaś wylosowana?
-Hmm... - zastanawiam się. -Chyba byłam przerażona... Mam siostrę... Chorego tatę... Nie wiem, czy poradzą sobie beze mnie. - Ceasar uśmiecha się krzywo.

-A co powiedziałaś bliskim? - teraz ja uśmiecham się półgębkiem.
-Właściwie to chyba nic takiego... Moja siostra... Ona była BARDZO szczera wobec mnie...
-Tak? - Ceasar podsyca publiczność. -Co takiego powiedziała?
-Że na 100% zginę przy rogu. - publiczność wybucha śmiechem, ja tylko trochę chichoczę. Czuję, że lekko się rumienię. -I w tedy obiecałam sobie, że postaram się przeżyć Rzeź.! Tylko po to, żeby pokazać jej, że jednak mam choćby 1% szansy na przeżycie! - mówię zwycięskim tonem. 
-Hah. - śmieje się Ceasar wraz z widownią. -Jeszcze tylko opowiedz coś o sobie. - uśmiecha się dziarsko.
-No więc... - zaczynam. -Moją najlepszą przyjaciółką jest Lauren, mam siostrę Eveline. Zajmuję się techniką, znam się trochę na komputerach i innych podobnych sprzętach. I... To chyba wszystko! - uśmiecham się szeroko do widowni. 
-NO DOBRZE! MAM NADZIEJĘ, ŻE ZAPAMIĘTACIE SOUNDY COUD! Z DYSTRYKTU 3!
Tłum krzyczy radośnie, kiedy schodzę ze sceny, muszę poczekać do końca wywiadów. Jestem okropnie zmęczona. 

wtorek, 7 maja 2013

Otwieram zaspane oczy, cały koc, którym byłam przykryta okrywa moją młodszą siostrę. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak jest zimno.
To dzisiaj?
A może jutro?
Sama już straciłam rachubę czasu...
Na małej komódce, pośród różnych, metalowych gratów wygrzebuję okulary. Powoli podnoszę się z łóżka, wkładam dziurawy sweter i rozglądam się po jednoizbowym domu. Tata i Eveline jeszcze śpią; nie mam zamiaru przerywać im tego cudownego momentu, kiedy nie jest się głodnym.
Podchodzę do małego okienka, ledwie świta. Promienie słońca wychylają swe ramiona ponad wzgórza. Uwielbiam wschody i zachody słońca.!
Za płotem, lub raczej czymś imitującym płot stoi Lauren, moja przyjaciółka. 
Wychodzę się z nią przywitać.
-Nie śpisz? - wita mnie z promiennym uśmiechem.
-Nie mogę spać. - poprawiam ją wychodząc na drogę. 
-Ja też... No bo, wiesz... Dożynki... To dzisiaj... 
-Ale nie zgłaszałaś się po astragale?
-Tylko pięć razy w tym roku... - mówi blado się uśmiechając.
-Ja sześć... Jak co roku... - przyznaję zgodnie z prawdą.
Idziemy w stronę Placu Sprawiedliwości, scena jest już przygotowana, wszędzie jest pełno Strażników Pokoju. 
-A Wy co tu robicie? - słyszę głos jednego ze Strażników. -Idźcie się przygotować na Dożynki! Jeszcze tylko godzina!
Odwracamy się i pędzimy w stronę czegoś, co można nazwać slumsami, bo właśnie tak wygląda okolica w której mieszkamy. Właściwie, oprócz Wioski Zwycięzców wszystko tu wygląda jak slumsy. 
Dochodzimy do mojego domu, Lauren mieszka trochę dalej. Bezsłownie żegnamy się i wchodzę do domku. 
Eveline jest w nowej sukience, za dwa lata będą jej pierwsze Dożynki, w tym i przyszłym roku jest jeszcze bezpieczna... W przeciwieństwie do mnie. 
Tata podaje mi wytartą brązową sukienkę, którą sama uszyłam z tego, co znalazłam. Może najlepszą krawcową nie jestem, ale ta sukienka wyszła całkiem nieźle. Lubię ją nosić. 
Moja siostra ma na sobie sukienkę po Lauren, moje są zbyt szerokie w ramionach i za długie jak dla tej dziesięciolatki. 
Zaplatam jej warkocz, a sama splątuję włosy w coś co imituje dwa warkocze; zaplatam je razem, tak, że tworzą coś na wzór koka. 
-Choć już, bo się spóźnimy! - mówi Eveline, chce mieć to już za sobą...
-Idę, idę... Tato? A ty nie idziesz?
-Nie... Źle się czuję... - pokasłuje. 
-No... Dobrze... Choć, Eveline! - chwytam rękę siostry i idziemy na Plac Sprawiedliwości. 
Prawie biegniemy, bo zegarek, który stworzył tata, pokazuje, że zaraz się spóźnimy. Kiedy pojawiamy się na Placu jesteśmy jednymi z ostatnich spóźnialskich. 
Eveline podchodzi do jednej ze swoich koleżanek i kierują się w stronę pani Even - mamy przyjaciółki mojej siostry. 
Ja idę tam, gdzie stoją 14-sto latkowie. Lauren już na mnie czeka. 
-Witajcie, witajcie! - głos Merry rozbrzmiewa po całym placu. -To dziś, dziś wybierzemy reprezentantów 3 dystryktu na 76 Igrzyska Głodowe! - "Jej, jakie to ekscytujące!" -Ale najpierw film dokumentalny... - jej głos przybiera nudny ton.
Po chwili film się kończy, a Merry Rayan, znów szczęśliwa, ogarnia wszystkich wzrokiem anioła stróża. 
-Ach! Teraz czas na trybutów! - wkłada rękę do misy z losami i wyciąga pierwszy lepszy los. -Julia Komarowska! - widzę jak jakaś dziewczyna wtacza się na scenę, wygląda, jakby miała zaraz zemdleć. Jestem bezpieczna. -Ojoj! Zapomniałam Wam powiedzieć, że w tym roku dystrykty mogą reprezentować dwie panienki, lub dwóch panów... Lub jak jest zazwyczaj! Los zadecyduje! - Co?! - Merry wkłada rękę do tej samej kuli, grzebie w niej i w końcu wyjmuje karteczkę trochę umazaną krwią. Dobrze pamiętam, jak wtedy leciała mi krew z nosa... 
Trafiam na arenę... Zginę... A Eveline i tata zginą z głodu.
-Joanna Kazub! 
Powoli idę w stronę sceny, słyszę przytłumiony szloch Lauren, w oddali rozlega się krzyk Eveline... "Żegnajcie na zawsze." myślę i już jestem na scenie.
****

-Eveline! - moja siostra okropnie płacze. -Nic się nie stało...
-Nie?! - krzyczy. -Ale ty... Ty umrzesz tuż przy rogu obfitości!
-Dziękuję za szczerość. - mówię zgryźliwie. 
-No... Ale... To prawda... - w jej oczach błyszczą kropelki. -A ja... Nie umiem... Się z tym pogodzić... - wybucha płaczem. 
Po chwili moje policzki też są mokre. 
-Pa pa. - odzywa się sucho strażnik pokoju i wyprowadza moją siostrę. 
Na korytarzu słyszę, że ktoś tu idzie.
-Asiu... - głos mojej przyjaciółki zakłóca ciszę w pokoju.
-Lauren... - słyszę swój głos przytłumiony przez szloch, myśl, że już nigdy jej nie zobaczę napawa mnie większym lękiem niż to, że za parę dni trafię na Arenę. 

-Posłuchaj mnie. - mówi dziarskim tonem, ale ja wiem, że to tylko maska. -Masz szansę! Znasz się na technologii... Jakoś przeżyjesz!
-Co ty pleciesz... Nie okłamuj nikogo... Dobrze wiemy, że to NIE prawda. Pogódź się z tym, a jeśli beze mnie będzie ci tak źle... Zawsze możesz zgłosić się na trybuta w następnych Igrzyskach. 
Lauren podchodzi do mnie, w jej oczach błyszczą łzy, siada obok mnie i przytula się do mojego policzka. 
-Ale ty wygrasz... Tak! Na pewno! - Nie sądzę...
-Tak... A Kapitol zmieni się w farmę...
-Uważaj, bo tak się stanie! - śmieje się sztucznym śmiechem. 
-Wypad. - groźny głos Strażnika Pokoju przerywa naszą rozmowę. -No już. Idź. - chwyta Lauren za rękę, ale ta się wyrywa. -Uspokój się!
-NIE! - krzyczy i kopie go dosyć nieprzyzwoite miejsce. 
Biegnie prosto na mnie, siada mi na kolanach i przyciska swoje usta do moich. 
Jestem zszokowana i dopiero strażnik pokoju odrywa Lauren ode mnie. 
Nie tak wyobrażałam sobie pierwszy pocałunek... 
-Przepraszam! - krzyczy jeszcze. -Musiałam... Ci w końcu to jakoś wyznać! - i znika na rogu korytarza. 
Moja przyjaciółka to lesbijka. Nie może być lepiej! 

poniedziałek, 6 maja 2013

Historyjka fantastyczna, dla fanów fantasty : D

   Dorm leżała pod drzewem, dużym, rozłożystym drzewem, przypuszczalnie dębem, ale co w tych czasach było pewne? Głód? Tyrania? Choroby? Wszystko to, co najgorsze było niewątpliwie pewne. To nie jest świat z bajek, jakie opowiadała mama Dorm, kiedy jeszcze żyła. Bajeczki o rycerzach na białych rumakach, w lśniących zbrojach i o przystojnych twarzach. Ten świat był zupełnie inny, nie ma w nim magii, nawet marzenia powoli tracą swą moc. Gdyby elfy, jeszcze istniały, ale ludzie je wybili, albo raczej głupota ludzi zabiła te majestatyczne stworzenia, zdolne do leczenia śmiertelnych ran, do poruszania się tak zwinnie i cicho, że nawet króliki nie mogły usłyszeć elfa. Te stworzenia nie istniały już w tym świecie, tak jak: smoki, skrzaty, wróżki, czy chociaż karły, zwane gnomami, krasnoludami, a nawet goblinami przez niektórych. Ale gobliny należały do innego gatunku, w każdym razie już ich nie było. Świat, w którym Dorm się wychowywała był całkowicie niemagiczny. Ostatni elf został stracony, kiedy Dorm miała zaledwie pięć lat, a jednak pamiętała aż za dobrze krzyki nieśmiertelnej istoty, nieśmiertelnej, jeśli nikt jej nie zabijał. Stała w płomieniach, po Placu Osądu roznosił się swąd pieczonego mięsa, na środku stosu stała jej matka, płonęła za to, że urodziła się elfem. Tak, Dorm miała w sobie elfa, kiedy się urodziła miała szpiczaste uszy, ale rodzice poddali ją bolesnemu zabiegowi i pozbawili ją szpiczastych końcówek. Teraz nie przypominała elfa, jej włosy były czerwone po ojcu, który też już nie żył. Oczy Dorm miały odcień czerni, to też było teraz niebezpieczne, ktoś mógł uznać ją za czarownice przez oczy.
   Pół elfka przeciągnęła się na twardej ziemi, liście nie chroniły jej przed chłodem, właściwie to tylko maskowały. Ile już minęło od śmierci ojca? Rok, dwa lata? Może dłużej, Dorm już dawno straciła rachubę czasu, nie wiedziała nawet ile ma lat. Wiedziała, że kiedy ojciec zmarł na ospę miała czternaście lat. Czyli na pewno jest już dorosła, trzecią zimę spędza bez domu, czyli mniej więcej trzy lata minęły, od kiedy po raz ostatni widziała, jak piersi ojca się unoszą. Potem stanęły, a ona opuściła swój dom. Taka była jego wola, ona chciałaby zostać przy nim, ale zabronił. Chciała płakać, ale tego też jej zabronił. Kazał jej iść, iść jak najdalej od domu, znaleźć nową rodzinę, męża, mieć dzieci i zapomnieć o dawnym życiu.
   Coś zatrzepotało tuż nad uchem Dorm, które kiedyś było szpiczaste. Przestraszona dziewczyna gwałtownie odwróciła się w prawo, bo właśnie po tej stronie coś otarło się o ucho dziewczyny. Nic nie zauważyła.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

THG


  Usta stylisty poruszają się, ale nic nie słyszę; kapsuła (nie kapusta!) jest szczelna.
   Macham do niego na pożegnanie, pewnie już nigdy go nie zobaczę. Może niezbyt mi pomógł na paradzie, ale to przecież mój stylista! A jeśli nawet dostanę coś od sponsorów, będzie to też częściowo jego zasługa.
      -Żegnaj. - mówię, chociaż wiem, że nic nie usłyszy.
   Kapsuła jedzie w górę, serce wali mi jak młotem. Nigdy nie myślałam, że zostanę wylosowana na dożynkach, przecież tylko trzy razy zgłosiłam się po astragale!
   Oślepia mnie światło, mimo, że niebo jest lekko zachmurzone. W powietrzu czuć wilgoć, coś średnio przyjemnie pachnie, nie mam pojęcia gdzie jestem.
   Słyszę krzyk jednego z trybutów, zaraz po tym rozlega się wybuch. Biedak! Zachwiał się i spadł z podestu.!
   Na mojej twarzy rozbryzguje się błoto z krwią trybuta, co za mieszanka!
   Dopiero teraz uświadamiam sobie gdzie jestem; arena znajduje się na bagnach. Na horyzoncie majaczy ciemny kontur (pewnie lasu). Dookoła podestu, w promieniu mniej-więcej 5 metrów jest coś w rodzaju piasku zmieszanego w błotem, nie chciałabym tam wpaść.
   Rozglądam się, parę osób wygląda na zdezorientowanych, jakiś chłopak wydaje się przymierzać do skoku...
      -9... 8... 7... 6... 5... 4... 3... 2... 1...
   Rozlega się gong, wszyscy zeskakują z podestów i biegną ku Rogowi Obfitości.
   Biorę jak największy rozbieg na tej małej platformie, i skaczę.
   Jedną nogą ląduję w błocie, ale teraz już wiem, że to bardziej ruchome paski.
   Kawałek za mną ląduje dziewczynka, bodajże z Trójki, ma ledwo 12 lat, na pewno zgłaszała się po astragale... Chcę jej pomóc, wyciągnąć ją z tego bagna, ale jeden z Zawodowców pozbawia ją głowy.
   Jest mi niedobrze, chcę wymiotować, nie zniosę długo widoku trupów.
   Podbiegam do Rogu Obfitości i chwytam pierwszy-lepszy plecak, małą procę; chwytam też cienką deskę.
   Biegnę w stronę lasu, ciemnego kształtu na kle nieba. Skaczę nad bajorem z piasko-błotem, ale wiem, że nie przelecę takiej odległości. Szybko wkładam pod siebie kawałek drewna przypadkowo złapany przy Rogu; ledwo utrzymuję na niej równowagę.
   Nie mam jak dopłynąć do brzegu, teraz mogę sobie spokojnie dryfować czekając, aż ktoś mnie zestrzeli.
   Usadawiam się w miarę wygodnie i przyglądam walce.
   Pada chłopak z Piątki, ginie para trybutów z Dziesiątki, dziewczyna z Siódemki pada pozbawiona ręki, a po chwili też głowy.
   Trupy, trupy... Nawet nie wiem, czy chłopak z mojego dystryktu jeszcze żyje.
   Wymiotuję, niestety, soki żołądkowe nie zapadają się w błoto jak trybyci z nie wiem nawet którego dystryktu. Przy jednej z platform z piasku wystaje tylko ręka, która i tak zaraz znika w mazi.
   Coś dotyka moich pleców, serce podskakuje mi do gardła, prawie spadam z drewienka. Powoli odwracam się, w odległości ręki zauważam cienką tykę. W krzakach dostrzegam May, dziewczynę z (chyba) Ósemki.
   Możliwe, że chce zawrzeć ze mną sojusz, ale możliwe też, że chce mnie po prostu zabić.
   No cóż, jak to mówią: "Ryzyk fizyk".
   Chwytam kij i przyciągam się do brzegu, zajmuje mi to trochę czasu, ale w końcu czuję pod stopami twardy grunt.
      -Dziękuję. - mówię, ale mojej wybawicielki nigdzie nie ma, pewnie uciekła w obawie, że zechcę ją zabić.
   Zarzucam na plecy brudnozielony plecak i biegnę w stronę ciemnej linii lasu.
   Wpadam do kałuży, szybko wyczołguję się z niej i biegnę dalej.
   Znów się potykam, nie mam już siły biec.
   Jestem już prawie w lesie, dziwnym lesie. Nigdy jeszcze nie widziałam takich drzew. Ich korzenie wystają ponad wodę, przypominając klatki. Między nimi, w wodzie unoszą się bure kłody.
   Przysiadam na kamieniu; chce mi się pić i jestem głodna.
   To śmieszne! Jestem na bagnach, dookoła mnie woda i błoto, a ja nie mam co pić!
   Wystrzał armatni, pierwszy... Drugi... Trzeci... Trzynastu poległych!
   Otwieram wilgotny plecak, z jego wnętrza wygrzebuję małą butelkę wody... Na razie jednak nie umrę z pragnienia!
   W plecaku jest jeszcze: paczka suszonego mięsa, gruby koc (który zdążył już nasiąknąć wodą), mała buteleczka czegoś, co jak wskazuje etykietka, nazywa się "jodyna". Z samego dna torby wygrzebuję aluminiową butelkę i... Szkiełko?
   Biorę parę łyków wody i pakuję wszystko z powrotem do plecaka.
   Do czego służy jodyna?
   Szybko zapada zmrok, na niebie ukazuje się godło Kapitolu. Znów słyszę armatę. Razem czternastu poległych jednego dnia! Rozlega się hymn Panem, zamiast herbu ukazują się twarze poległych. Wśród nich jest May, dziewczyna, która pomogła mi wyjść na brzeg...

czwartek, 11 kwietnia 2013

SPAM

Moja koleżanka, która ma wielki talent do pisania zmieniła nazwę bloga i pomagam jej. Wejdziesz ;* ?

KIEDYŚ :you-have-to-squeeze-into-your-jeans.blogspot.com

TERAZ:  just-imagine-something.blogspot.com

Dziękuję, Pietruszka 

Pietrucha

Siemka,
Jestem Natka i mam 13 lat, wołają na mnie Pietruszka i tak się będę podpisywać. Lubię pisać opowiadania, śpiewać, tańczyć i grać w siatkówkę. Mam mnóstwo pomysłów na przyszłość i myśli, które często są po prostu głupie. Jak każdy miewam momenty załamania, ale mam osoby, które są przy mnie i to się liczy. Problemy... lubię pomagać ludziom w ich rozwiązywaniu i nie lubię budyniu. ;D To tyle wstawię wam jakieś stare opowiadanie na historię, a potem wymyśle coś z sensem.


TO JEST BEZSENSU. I TERAZ PISZĘ DUŻO LEPIEJ ALE MACIE. 

…I nagle zobaczyłam moją przyjaciółkę, która była poniżana przez kolegów z gimnazjum. Zrobiło mi się przykro, ale nie mogłam jej pomóc, bo i tak bym nic nie zdziałała. Pomyślałam sobie, że gdyby byli tu chłopcy z naszej klasy. Niestety ich tu nie było. Chłopcy to niczego się nie boją są jak ze stali. Następnego dnia w szkole Kasia przychodzi z siniakiem na twarzy. Nauczyciele pytają się, co się stało, lecz unika odpowiedzi i mówi, że uderzyła się. Jak było naprawdę to wiem tylko ja.
      Dziś znowu spotkałam Kasię dręczoną przez tych samych chłopaków. Bałam się, lecz przełamałam się i podeszłam do nich. Spytałam się, czemu dręczą tak Kasię i czy mogą zostawić ją w spokoju. Wyśmiali moje słowa i kiedy złapałam Kasię za rękę i zaczęłyśmy uciekać pobiegli za nami. Byłyśmy bardzo przestraszone. Prawie nas doganiali. Nagle niewiadomo, czemu skręciłyśmy i znalazłyśmy się w ślepej uliczce. Wydawało nam się, że znamy w tym mieście każdą uliczkę, lecz myliłyśmy się. Teraz nie było ratunku z odczuciem bezsilności musiałyśmy przyjąć „łomot” od młodzieży. Byli z siebie zadowoleni. Nazajutrz znalazła nas p. Genia leżące na chodniku nieprzytomne. Bardzo się przestraszyła. Z pomocą p. Henia wciągnęli nas do mieszkania. Kobieta obmyła nam twarz i położyła do łóżka oraz zadzwoniła do naszych rodziców. Przestraszeni rodzice zabrali nas do domu. Gdy odzyskałam przytomność opowiedziałam rodzicom, że potrącił nas rowerzysta. Ale z naszej winy, bo szłam ścieżką rowerową. Rodzice nie byli zadowoleni, ale następnego dnia puścili mnie do szkoły. Cała klasa pytała się, dlaczego nas nie było, a my każdemu mówiliśmy, co innego. W końcu powiedziałyśmy chłopakom z naszej klasy. Powiedzieli, że znają tych ludzi i sobie z nimi pogadają. Tak jak myślałam chłopcy załatwili tą sprawę. Jednak wciąż z Kasią poimy się wyjść same. Bardzo ucieszyło nas to, że chłopcy od razu zdecydowali się nam pomóc. W końcu naszej klasy nikt nie zastąpi. Nauczyciele uważają, że tak zgranej grupy jeszcze w życiu nie widzieli. Bardzo cieszy nas ich zdanie. Mamy nadzieje, że taka sytuacja się więcej nie powtórzy. Rodzice, gdy dowiedzieli się co naprawdę się stało byli pod warzeniem jak dzieci umieją nazmyślać. Nie mieli pretensji, ale byli zdenerwowani, ze nie powiedziałyśmy o tym od razu. Lecz wytłumaczyłyśmy, że chciałyśmy to ukryć.
      Dobrze, ze mamy takich dobrych rodziców, którzy nas rozumieją. Chłopcy za pobicie mają rozprawę z sadzie, która skierowała szkoła. Już więcej nikt nie podskakuje naszej klasie.


                                                                                                                   

                                                                                                                               pietruszka

niedziela, 7 kwietnia 2013

#1 Louis

Cześć Wam. xx
Mam na imię Dagmara i mam 15 lat. Jestem jedną z autorek tego bloga. Na początek chciałabym dodać tutaj moje dwa opowiadania.
Niall: http://nobody-compares-to-you.blogspot.com/
Larry: http://everytingsgonnabealright.blogspot.com/

A teraz macie ode mnie imagina z Lou.
ZBOCZUCHY ^^

IMAGIN +18


07.04.13r.
Godzina : 16:00
- Impreza trwa w najlepsze, a ja nie mogę go znaleźć.! - narzekałaś szukając Louisa.
Wyszłaś na taras, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i na spokojnie pomyśleć gdzie mógł teraz się znajdować. Byliście parą od dwóch lat i żadnych kłótni jaszcze nie przeszliście. Miłaś nadzieję, że tak pozostanie. Zobaczyłaś kogoś przy altance w ogrodzie. Od razy poznałaś ukochanego, ale nie był sam. I on... CAŁOWAŁ HARRY'EGO.?! No chyba kurwa nie.! Louis jest gejem.? Przecież powiedziałby mi...
Sama nie wiedziałaś, co teraz o tym myśleć. Weszłaś więc z powrotem do domu i poszłaś do waszego pokoju - Twojego i Louisa. Położyłaś się na łóżku, w uszy wetknęłaś słuchawki i włączyłaś 'Kiedyś odnajdziemy siebie' Juli.

~*~
- I jak.?
- Nic...
- Na pewno.?
- W 100% stary...
- No to test zakończony. Nie jesteś gejem.
- Uff. Całe szczęście - odetchnął Harry z ulgą.
- Chodźmy już do domu, bo długo nas nie było.
- Okey - powiedział Harreh i zmierzwił włosy Louisa.

~*~
Louis' POV*

Nasz pokój to ostatnie miejsce gdzie mogłaby pójść [T.I]. Powoli otwarłem drzwi. Jej oczy wlepiły się we mnie, ale po chwili wróciła do swojej poprzedniej pozycji i nie zważała na mnie.
- [T.I]... Co jest.?
- Jak to co.? Nie wiesz.? - zapytała śmiertelnie poważnie.
- Nie wiem. Powiedz proszę...
- Dobra, zapytam wprost. Louis... Czy Ty jesteś gejem.?
- Skąd Ci to przyszło do głowy.? - zapytałem ze śmiechem.
- Może stąd, że całowałeś się z Harrym.?
- Hahahaha. Ale to on chciał sprawdzić czy jest gejem. Dlatego go pomiziałem...
- Ach tak... Jakoś Ci nie wierzę...
- To zaraz uwierzysz.!- powiedziałem i zacząłem ją całować.
Dziewczyna odruchowo zaczęła pogłębiać pocałunki. Delikatnie pchnąłem ją na łóżko i znów wróciliśmy do słodkich buziaków. Zdjąłem jej zwiewną białą bluzeczkę i zacząłem obdarowywać pocałunkami jej dekolt, brzuch, a potem znów wpiłem się w jej usta.
*3 osoba*
Zdjęłaś jego T-Shirt i odrzuciłaś gdzieś na podłogę. Louis oderwał się od Ciebie i zaczął dobierać do Twoich spodni. Spojrzał na ciebie pytająco, a Ty pokiwałaś tylko głową na zgodę. Brytyjczyk uśmiechnął się ponętnie i kontynuował. Po chwili jego spodnie, tak jak i Twoje, leżały gdzieś na podłodze. Byliście w samej bieliźnie. Chłopak delikatnie sunął palcem wzdłuż linii Twojego kręgosłupa, a kiedy doszedł do zapięcia odparłaś :
- Ej... Lou, ale zamknąłeś drzwi.?
- Tak zamknąłem.
- Ok, no więc kontynuujmy.
Sprawnie poradził sobie ze stanikiem. Delikatnie zaczął pieścić dłońmi Twoje piersi, a potem składał na nich pocałunki. Znów wpił się zachłannie w Twoje usta i powoli zjechał ręką w okolice podbrzusza. Delikatnie wjechał palcami pod cieniutką gumkę Twoich koronkowych majtek. Ściągnął je, a Ty rozsunęłaś uda dając mu większy dostęp. Wsunął delikatnie dwa palce w Twoją kobiecość, a Ty jęknęłaś z rozkoszy. Złapałaś gumkę jego bokserek, ale on zatrzymał Twoją rękę.
- Jeszcze nie skończyłem. - powiedział seksownym zachrypiałym głosem po czym znów zatonął w Twoich ustach. Zjeżdżał coraz niżej od szyi po piersi, następnie brzuch, podbrzusze,a potem do Twojej kobiecości.
Tam się zatrzymał i zaczął z Tobą drażnić. Całował, wsuwał, a następnie wysuwał język. Wplotłaś palce w jego gęste, czekoladowe włosy, a on zaczął całować Twoją szyję. Wtedy znów sięgnęłaś do jego bokserek, tym razem jednak nie protestował. Szybko znalazły się na drugim końcu pokoju. Przejechałaś palcami po jego przyrodzeniu. Zadrżał pod wpływem Twojego dotyku, zauważając t zaczęłaś pocierać szybciej, a on przyspieszył oddech. Po chwili chwycił Cię za nadgarstki i przyciągnął do siebie tak, że znalazłaś się na nim.
- Kocham ciebie i tylko Ciebie. - powiedział i musnął Twoje usta.
Chwilę później poczułaś jak zatapia w Tobie swoją męskość. Krzyknęłaś z bólu gdy w Ciebie wchodził, jednak potem z każdym jego ruchem czerpałaś coraz więcej przyjemności. Przyspieszył tępo, z Waszych ust wydobywały się dźwięki rozkoszy i pożądania. Jeszcze bardziej przyspieszył doprowadzając tym Ciebie i Twoje ciało do szaleństwa. Po kilku minutach wygięłaś się w łuk krzycząc jego imię. Oboje doszliście w tym samym czasie, a Ty poczułaś w sobie przyjemnie rozpływające się ciepło. Louis opadł na miejsce obok ciebie.
- Teraz mi wierzysz.? - zapytał.
- Wierzyłam od początku... Chciałam sprawdzić jak się zachowasz i muszę przyznać wyszło Ci to całkiem...całkiem...
- Gdybyś mnie tak nie wykończyła to bym Cię udusił, ale nie mam siły.
- Nie gadaj tylko ciesz się chwilą, palancie. - zaśmiałaś się.
Długo jeszcze bawiliście się swoimi dłońmi, patrząc jak cudownie ze sobą kontrastują. Po dziesięciu minutach Louis przykrył Was kołdrą i zasnął wtulając się w Twoje wciąż ciepłe ciało.

Louis' POV* - z perspektywy Louisa.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że pierwszy imagin tutaj Wam się podoba. x
~ insecurelove.

niedziela, 24 marca 2013

Hej

No więc chciałabym, aby tego bloga prowadziła jak największa liczba osób. Można pisać historyjki itp. Nikomu nic się również nie stanie jeśli przestanie pisać. To co? Dawajcie swoje e-maile i piszemy razem :D