wtorek, 7 maja 2013

Otwieram zaspane oczy, cały koc, którym byłam przykryta okrywa moją młodszą siostrę. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak jest zimno.
To dzisiaj?
A może jutro?
Sama już straciłam rachubę czasu...
Na małej komódce, pośród różnych, metalowych gratów wygrzebuję okulary. Powoli podnoszę się z łóżka, wkładam dziurawy sweter i rozglądam się po jednoizbowym domu. Tata i Eveline jeszcze śpią; nie mam zamiaru przerywać im tego cudownego momentu, kiedy nie jest się głodnym.
Podchodzę do małego okienka, ledwie świta. Promienie słońca wychylają swe ramiona ponad wzgórza. Uwielbiam wschody i zachody słońca.!
Za płotem, lub raczej czymś imitującym płot stoi Lauren, moja przyjaciółka. 
Wychodzę się z nią przywitać.
-Nie śpisz? - wita mnie z promiennym uśmiechem.
-Nie mogę spać. - poprawiam ją wychodząc na drogę. 
-Ja też... No bo, wiesz... Dożynki... To dzisiaj... 
-Ale nie zgłaszałaś się po astragale?
-Tylko pięć razy w tym roku... - mówi blado się uśmiechając.
-Ja sześć... Jak co roku... - przyznaję zgodnie z prawdą.
Idziemy w stronę Placu Sprawiedliwości, scena jest już przygotowana, wszędzie jest pełno Strażników Pokoju. 
-A Wy co tu robicie? - słyszę głos jednego ze Strażników. -Idźcie się przygotować na Dożynki! Jeszcze tylko godzina!
Odwracamy się i pędzimy w stronę czegoś, co można nazwać slumsami, bo właśnie tak wygląda okolica w której mieszkamy. Właściwie, oprócz Wioski Zwycięzców wszystko tu wygląda jak slumsy. 
Dochodzimy do mojego domu, Lauren mieszka trochę dalej. Bezsłownie żegnamy się i wchodzę do domku. 
Eveline jest w nowej sukience, za dwa lata będą jej pierwsze Dożynki, w tym i przyszłym roku jest jeszcze bezpieczna... W przeciwieństwie do mnie. 
Tata podaje mi wytartą brązową sukienkę, którą sama uszyłam z tego, co znalazłam. Może najlepszą krawcową nie jestem, ale ta sukienka wyszła całkiem nieźle. Lubię ją nosić. 
Moja siostra ma na sobie sukienkę po Lauren, moje są zbyt szerokie w ramionach i za długie jak dla tej dziesięciolatki. 
Zaplatam jej warkocz, a sama splątuję włosy w coś co imituje dwa warkocze; zaplatam je razem, tak, że tworzą coś na wzór koka. 
-Choć już, bo się spóźnimy! - mówi Eveline, chce mieć to już za sobą...
-Idę, idę... Tato? A ty nie idziesz?
-Nie... Źle się czuję... - pokasłuje. 
-No... Dobrze... Choć, Eveline! - chwytam rękę siostry i idziemy na Plac Sprawiedliwości. 
Prawie biegniemy, bo zegarek, który stworzył tata, pokazuje, że zaraz się spóźnimy. Kiedy pojawiamy się na Placu jesteśmy jednymi z ostatnich spóźnialskich. 
Eveline podchodzi do jednej ze swoich koleżanek i kierują się w stronę pani Even - mamy przyjaciółki mojej siostry. 
Ja idę tam, gdzie stoją 14-sto latkowie. Lauren już na mnie czeka. 
-Witajcie, witajcie! - głos Merry rozbrzmiewa po całym placu. -To dziś, dziś wybierzemy reprezentantów 3 dystryktu na 76 Igrzyska Głodowe! - "Jej, jakie to ekscytujące!" -Ale najpierw film dokumentalny... - jej głos przybiera nudny ton.
Po chwili film się kończy, a Merry Rayan, znów szczęśliwa, ogarnia wszystkich wzrokiem anioła stróża. 
-Ach! Teraz czas na trybutów! - wkłada rękę do misy z losami i wyciąga pierwszy lepszy los. -Julia Komarowska! - widzę jak jakaś dziewczyna wtacza się na scenę, wygląda, jakby miała zaraz zemdleć. Jestem bezpieczna. -Ojoj! Zapomniałam Wam powiedzieć, że w tym roku dystrykty mogą reprezentować dwie panienki, lub dwóch panów... Lub jak jest zazwyczaj! Los zadecyduje! - Co?! - Merry wkłada rękę do tej samej kuli, grzebie w niej i w końcu wyjmuje karteczkę trochę umazaną krwią. Dobrze pamiętam, jak wtedy leciała mi krew z nosa... 
Trafiam na arenę... Zginę... A Eveline i tata zginą z głodu.
-Joanna Kazub! 
Powoli idę w stronę sceny, słyszę przytłumiony szloch Lauren, w oddali rozlega się krzyk Eveline... "Żegnajcie na zawsze." myślę i już jestem na scenie.
****

-Eveline! - moja siostra okropnie płacze. -Nic się nie stało...
-Nie?! - krzyczy. -Ale ty... Ty umrzesz tuż przy rogu obfitości!
-Dziękuję za szczerość. - mówię zgryźliwie. 
-No... Ale... To prawda... - w jej oczach błyszczą kropelki. -A ja... Nie umiem... Się z tym pogodzić... - wybucha płaczem. 
Po chwili moje policzki też są mokre. 
-Pa pa. - odzywa się sucho strażnik pokoju i wyprowadza moją siostrę. 
Na korytarzu słyszę, że ktoś tu idzie.
-Asiu... - głos mojej przyjaciółki zakłóca ciszę w pokoju.
-Lauren... - słyszę swój głos przytłumiony przez szloch, myśl, że już nigdy jej nie zobaczę napawa mnie większym lękiem niż to, że za parę dni trafię na Arenę. 

-Posłuchaj mnie. - mówi dziarskim tonem, ale ja wiem, że to tylko maska. -Masz szansę! Znasz się na technologii... Jakoś przeżyjesz!
-Co ty pleciesz... Nie okłamuj nikogo... Dobrze wiemy, że to NIE prawda. Pogódź się z tym, a jeśli beze mnie będzie ci tak źle... Zawsze możesz zgłosić się na trybuta w następnych Igrzyskach. 
Lauren podchodzi do mnie, w jej oczach błyszczą łzy, siada obok mnie i przytula się do mojego policzka. 
-Ale ty wygrasz... Tak! Na pewno! - Nie sądzę...
-Tak... A Kapitol zmieni się w farmę...
-Uważaj, bo tak się stanie! - śmieje się sztucznym śmiechem. 
-Wypad. - groźny głos Strażnika Pokoju przerywa naszą rozmowę. -No już. Idź. - chwyta Lauren za rękę, ale ta się wyrywa. -Uspokój się!
-NIE! - krzyczy i kopie go dosyć nieprzyzwoite miejsce. 
Biegnie prosto na mnie, siada mi na kolanach i przyciska swoje usta do moich. 
Jestem zszokowana i dopiero strażnik pokoju odrywa Lauren ode mnie. 
Nie tak wyobrażałam sobie pierwszy pocałunek... 
-Przepraszam! - krzyczy jeszcze. -Musiałam... Ci w końcu to jakoś wyznać! - i znika na rogu korytarza. 
Moja przyjaciółka to lesbijka. Nie może być lepiej! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz