poniedziałek, 29 kwietnia 2013
THG
Usta stylisty poruszają się, ale nic nie słyszę; kapsuła (nie kapusta!) jest szczelna.
Macham do niego na pożegnanie, pewnie już nigdy go nie zobaczę. Może niezbyt mi pomógł na paradzie, ale to przecież mój stylista! A jeśli nawet dostanę coś od sponsorów, będzie to też częściowo jego zasługa.
-Żegnaj. - mówię, chociaż wiem, że nic nie usłyszy.
Kapsuła jedzie w górę, serce wali mi jak młotem. Nigdy nie myślałam, że zostanę wylosowana na dożynkach, przecież tylko trzy razy zgłosiłam się po astragale!
Oślepia mnie światło, mimo, że niebo jest lekko zachmurzone. W powietrzu czuć wilgoć, coś średnio przyjemnie pachnie, nie mam pojęcia gdzie jestem.
Słyszę krzyk jednego z trybutów, zaraz po tym rozlega się wybuch. Biedak! Zachwiał się i spadł z podestu.!
Na mojej twarzy rozbryzguje się błoto z krwią trybuta, co za mieszanka!
Dopiero teraz uświadamiam sobie gdzie jestem; arena znajduje się na bagnach. Na horyzoncie majaczy ciemny kontur (pewnie lasu). Dookoła podestu, w promieniu mniej-więcej 5 metrów jest coś w rodzaju piasku zmieszanego w błotem, nie chciałabym tam wpaść.
Rozglądam się, parę osób wygląda na zdezorientowanych, jakiś chłopak wydaje się przymierzać do skoku...
-9... 8... 7... 6... 5... 4... 3... 2... 1...
Rozlega się gong, wszyscy zeskakują z podestów i biegną ku Rogowi Obfitości.
Biorę jak największy rozbieg na tej małej platformie, i skaczę.
Jedną nogą ląduję w błocie, ale teraz już wiem, że to bardziej ruchome paski.
Kawałek za mną ląduje dziewczynka, bodajże z Trójki, ma ledwo 12 lat, na pewno zgłaszała się po astragale... Chcę jej pomóc, wyciągnąć ją z tego bagna, ale jeden z Zawodowców pozbawia ją głowy.
Jest mi niedobrze, chcę wymiotować, nie zniosę długo widoku trupów.
Podbiegam do Rogu Obfitości i chwytam pierwszy-lepszy plecak, małą procę; chwytam też cienką deskę.
Biegnę w stronę lasu, ciemnego kształtu na kle nieba. Skaczę nad bajorem z piasko-błotem, ale wiem, że nie przelecę takiej odległości. Szybko wkładam pod siebie kawałek drewna przypadkowo złapany przy Rogu; ledwo utrzymuję na niej równowagę.
Nie mam jak dopłynąć do brzegu, teraz mogę sobie spokojnie dryfować czekając, aż ktoś mnie zestrzeli.
Usadawiam się w miarę wygodnie i przyglądam walce.
Pada chłopak z Piątki, ginie para trybutów z Dziesiątki, dziewczyna z Siódemki pada pozbawiona ręki, a po chwili też głowy.
Trupy, trupy... Nawet nie wiem, czy chłopak z mojego dystryktu jeszcze żyje.
Wymiotuję, niestety, soki żołądkowe nie zapadają się w błoto jak trybyci z nie wiem nawet którego dystryktu. Przy jednej z platform z piasku wystaje tylko ręka, która i tak zaraz znika w mazi.
Coś dotyka moich pleców, serce podskakuje mi do gardła, prawie spadam z drewienka. Powoli odwracam się, w odległości ręki zauważam cienką tykę. W krzakach dostrzegam May, dziewczynę z (chyba) Ósemki.
Możliwe, że chce zawrzeć ze mną sojusz, ale możliwe też, że chce mnie po prostu zabić.
No cóż, jak to mówią: "Ryzyk fizyk".
Chwytam kij i przyciągam się do brzegu, zajmuje mi to trochę czasu, ale w końcu czuję pod stopami twardy grunt.
-Dziękuję. - mówię, ale mojej wybawicielki nigdzie nie ma, pewnie uciekła w obawie, że zechcę ją zabić.
Zarzucam na plecy brudnozielony plecak i biegnę w stronę ciemnej linii lasu.
Wpadam do kałuży, szybko wyczołguję się z niej i biegnę dalej.
Znów się potykam, nie mam już siły biec.
Jestem już prawie w lesie, dziwnym lesie. Nigdy jeszcze nie widziałam takich drzew. Ich korzenie wystają ponad wodę, przypominając klatki. Między nimi, w wodzie unoszą się bure kłody.
Przysiadam na kamieniu; chce mi się pić i jestem głodna.
To śmieszne! Jestem na bagnach, dookoła mnie woda i błoto, a ja nie mam co pić!
Wystrzał armatni, pierwszy... Drugi... Trzeci... Trzynastu poległych!
Otwieram wilgotny plecak, z jego wnętrza wygrzebuję małą butelkę wody... Na razie jednak nie umrę z pragnienia!
W plecaku jest jeszcze: paczka suszonego mięsa, gruby koc (który zdążył już nasiąknąć wodą), mała buteleczka czegoś, co jak wskazuje etykietka, nazywa się "jodyna". Z samego dna torby wygrzebuję aluminiową butelkę i... Szkiełko?
Biorę parę łyków wody i pakuję wszystko z powrotem do plecaka.
Do czego służy jodyna?
Szybko zapada zmrok, na niebie ukazuje się godło Kapitolu. Znów słyszę armatę. Razem czternastu poległych jednego dnia! Rozlega się hymn Panem, zamiast herbu ukazują się twarze poległych. Wśród nich jest May, dziewczyna, która pomogła mi wyjść na brzeg...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz