Dorm leżała pod drzewem, dużym, rozłożystym drzewem, przypuszczalnie dębem, ale co w tych czasach było pewne? Głód? Tyrania? Choroby? Wszystko to, co najgorsze było niewątpliwie pewne. To nie jest świat z bajek, jakie opowiadała mama Dorm, kiedy jeszcze żyła. Bajeczki o rycerzach na białych rumakach, w lśniących zbrojach i o przystojnych twarzach. Ten świat był zupełnie inny, nie ma w nim magii, nawet marzenia powoli tracą swą moc. Gdyby elfy, jeszcze istniały, ale ludzie je wybili, albo raczej głupota ludzi zabiła te majestatyczne stworzenia, zdolne do leczenia śmiertelnych ran, do poruszania się tak zwinnie i cicho, że nawet króliki nie mogły usłyszeć elfa. Te stworzenia nie istniały już w tym świecie, tak jak: smoki, skrzaty, wróżki, czy chociaż karły, zwane gnomami, krasnoludami, a nawet goblinami przez niektórych. Ale gobliny należały do innego gatunku, w każdym razie już ich nie było. Świat, w którym Dorm się wychowywała był całkowicie niemagiczny. Ostatni elf został stracony, kiedy Dorm miała zaledwie pięć lat, a jednak pamiętała aż za dobrze krzyki nieśmiertelnej istoty, nieśmiertelnej, jeśli nikt jej nie zabijał. Stała w płomieniach, po Placu Osądu roznosił się swąd pieczonego mięsa, na środku stosu stała jej matka, płonęła za to, że urodziła się elfem. Tak, Dorm miała w sobie elfa, kiedy się urodziła miała szpiczaste uszy, ale rodzice poddali ją bolesnemu zabiegowi i pozbawili ją szpiczastych końcówek. Teraz nie przypominała elfa, jej włosy były czerwone po ojcu, który też już nie żył. Oczy Dorm miały odcień czerni, to też było teraz niebezpieczne, ktoś mógł uznać ją za czarownice przez oczy.
Pół elfka przeciągnęła się na twardej ziemi, liście nie chroniły jej przed chłodem, właściwie to tylko maskowały. Ile już minęło od śmierci ojca? Rok, dwa lata? Może dłużej, Dorm już dawno straciła rachubę czasu, nie wiedziała nawet ile ma lat. Wiedziała, że kiedy ojciec zmarł na ospę miała czternaście lat. Czyli na pewno jest już dorosła, trzecią zimę spędza bez domu, czyli mniej więcej trzy lata minęły, od kiedy po raz ostatni widziała, jak piersi ojca się unoszą. Potem stanęły, a ona opuściła swój dom. Taka była jego wola, ona chciałaby zostać przy nim, ale zabronił. Chciała płakać, ale tego też jej zabronił. Kazał jej iść, iść jak najdalej od domu, znaleźć nową rodzinę, męża, mieć dzieci i zapomnieć o dawnym życiu.
Coś zatrzepotało tuż nad uchem Dorm, które kiedyś było szpiczaste. Przestraszona dziewczyna gwałtownie odwróciła się w prawo, bo właśnie po tej stronie coś otarło się o ucho dziewczyny. Nic nie zauważyła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz